Gabrysia nigdy nie interesowała się szczególnie kontaktami,
nie ściągała nagminne rzeczy ze stołu, nie chodziła po murkach (wydawało nam
się nawet do tej pory, że ma lęk wysokości). Mimo wszystko na wszelki wypadek
zawsze miałam ją na oku, ale od dzisiaj z tego oka jej spuścić już nie mogę ani
na chwilę.
Nasza córeczka wkroczyła właśnie w etap „mogę wszystko, dosięgnę gwiazd”. Kiedy zniknęła na moment,
myślałam, że poszła po zabawki. Zajrzałam do jej pokoiku, a ona stała na
parapecie (wewnętrznym, okno było zamknięte) i trzymała się jedną ręką klamki,
a drugą ramy okiennej. Była prawie przyklejona do szyby, bo parapet jest dość
wąski. Do końca dnia nie robiłam już prawie nic poza chodzeniem za nią z
Nastusią krok w krok i tłumaczeniem, dlaczego coś może być dla niej zagrożeniem.
Z pewnością nie jest świadoma, jakie niebezpieczeństwo jej grozi podczas takich
akrobacji. Zastanawiam się, czy w ogóle moje mówienie o nim przyniesie jakieś
efekty.
Jest noc, dziewczyny śpią już od paru godzin, a ja właśnie
skończyłam sprzątanie (w ramach tego piątkowego, gruntowniejszego). Na
szczęście po ostatniej rewolucji i małym przemeblowaniu mieszkania, teraz
ogarnia się dużo łatwiej i szybciej. Wybrałam tę porę, ponieważ podejrzewam, że
jutro również będę skupiała się na szaleństwach Gabrysi.
Prawdopodobnie to dopiero początki i jej niezwykłe pomysły
będą się mnożyły coraz szybciej. Cóż, trzeba to uszanować. Wie, że może więcej.
Jest pewnie z tego dumna i cieszy ją to. Muszę więc znaleźć w swojej postawie
wobec „nowego” równowagę. Nie chce zamienić się w mamę, która ciągle krzyczy
przerażona „nie wolno, nie wchodź, zejdź, uważaj” i tak przez cały dzień. Muszę
się zastanowić, jak tego uniknąć, a jednocześnie zapewnić jej bezpieczeństwo. Może
na początek kupię jej kask?




















